Agencje pracy, umowy tymczasowe i swoboda zwalniania młodych pracowników. Nadzieje reformatorów wiążących z tymi narzędziami nadzieje na zmniejszenie bezrobocia nie spełniają się.
Kiedy w drugim tygodniu sierpnia niemiecka telewizja publiczna pokazała film, w którym reporterzy prześledzili losy ministrów rządu Gerharda Schroedera po zakończeniu kadencji, opinia publiczna była w szoku. Nie tylko dlatego, że sam kanclerz przyjął ofertę pracy w Gazpromie, ale ze względu na skalę powiązań polityków i biznesu. Jeśli ministrowie tuż po zakończeniu pracy rządowej idą pracować do przedsiębiorstw, które działają w sektorze wcześniej przez nich nadzorowanym, trudno nie węszyć nieprawidłowości.
Przykładem może być były minister pracy, który zliberalizował prawo pracy w taki sposób, aby każda agencja pracy tymczasowej zyskała możliwość swobodnego działania. Efekt – wzrost zatrudnienia tymczasowego bez spadku bezrobocia. Minister, zmieniając prawo, argumentował że tylko elastyczny rynek może zachęcić firmy do zatrudnienia nowych ludzi. Po czym, jak tylko skończył swoją pracę w ministerstwie, objął intratną funkcję w jednej z agencji będących potentatem w swojej branży.
Można się w tym kontekście zastanawiać, jakiej jakości były argumenty wysuwane przez ministra. Czy rzeczywiście elastyczny kodeks pracy i szeroki zakres działania agencji pracy sprzyja zwiększaniu zatrudnienia? A może sprzyja jedynie interesom niektórych, naruszając podstawy bezpieczeństwa i dobrobytu innych?
Niemiecki przykład jest drastyczny, ponieważ w sposób niezwykle wyraźny pokazuje, jak kształtowany jest dzisiaj rynek pracy. Przestają liczyć się interesy zatrudnionych, pierwsze miejsce zajmują zyski pośredników. Należy przy tym zaznaczyć, że agencje pracy jako takie pełnią zwykle korzystną rolę na rynku pracy. Jednak jako uzupełnienie normalnych umów, a nie jego podstawa.
Rozważając skuteczność systemu elastycznego zatrudnienia warto porównać sytuację na rynkach pracy w kilku państwach dotkniętych ostatnim kryzysem. OECD publikuje informacje o swobodzie zawierania i rozwiązywania umów na rynku pracy. Niemcy, mimo opisywanych reform, są w tym rankingu wśród krajów o sztywnych regulacjach. USA czy Irlandia przodują wśród tych bardziej liberalnych.
Co się okazuje? Po uderzeniu kryzysu bezrobocie wzrosło wszędzie. Wbrew jednak twierdzeniom zwolenników liberalizacji rynku pracy najszybciej zaczęło rosnąć w dobrze uregulowanych Niemczech. W USA i Irlandii pozostaje ciągle na wysokim poziomie. Czyżby więc lansowana szeroko teza, że ułatwienie zwalniania pracowników prowadzi do wzrostu zatrudnienia była nieprawdziwa?
Niewykluczone. W Hiszpanii pracownicy zatrudnieni na umowy o pracę są dobrze chronieni. To zwykle ludzie w średnim wieku, którzy „załapali” się na prosperity lat dziewięćdziesiątych. Młodzi tymczasem borykają się z rozregulowanym rynkiem pracy, na którym dominują umowy czasowe, a warunki dyktuje najczęściej agencja pracy tymczasowej. Efekt? Bezrobocie sięgające 40 proc. Dlaczego? Bo młodego najłatwiej zwolnić, więc kiedy przychodzi kryzys, korzysta się z tych możliwości bez wahania.
W Polsce jest podobnie. Jak wynika z ostatniego rządowego raportu Młodzi 2011 aż 60 proc. umów o pierwszą pracę to umowy czasowe. Gorzej jest tylko we wspomnianej Hiszpanii i Portugalii, w której bezrobocie również jest wysokie. Taka sytuacja sprawia, że agencja pracy stają się de facto jedynym sposobem na znalezienie jakiegokolwiek źródła dochodu. A młodzi pracownicy są rezerwową siłą roboczą.
Wśród światowych (ale nie tylko) ekonomistów trwa obecnie dyskusja dotycząca przyczyn bezrobocia. Paul Krugman uważa, że jego źródło to brak popytu na pracę, co jest z kolei efektem niskiego popytu na towary i usługi. Inni badacze dowodzą, że praca tymczasowa podmywa podstawy rozwoju zawodowego, zwłaszcza tych, którzy mieszkają w tzw. złych dzielnicach. Umowy tymczasowe zaczynają być postrzegane jako kłopot, a nie sposób na rozwiązanie problemów z bezrobociem.