Kosztują od 250 do 500 zł. Są obowiązkowe. Przez wielu uważane za niepotrzebne. Przede wszystkim jednak są dowodem na to, jak można popsuć dobry pomysł. Ceny energii rosną i będą rosły. Co do tego nie ma wątpliwości.
Nawet jeśli nie wierzymy w doniesieniach o końcu zasobów ropy naftowej, nawet jeśli uważamy, że atom może dostarczyć nieograniczonej ilości energii, wreszcie nawet jeśli globalne ocieplenie daje nam nadzieję na cieplejsze zimy – i tak musimy przyjąć do wiadomości fakt, że ogrzewanie domów będzie kosztowało coraz więcej.
Prawa popytu i podaży są bezwzględne – rosnąca liczba mieszkańców naszej planety połączona z coraz większą ich zamożnością i szybszym zużywaniem dostępnych zasobów daje efekt w postaci wzrostu cen energii.
W krajach zachodnich już dziś zauważyć można groźne zjawisko, które nazywane jest wykluczeniem energetycznym. Szczególnie boleśnie odczuwają je Brytyjczycy, gdzie spory odsetek starszych ludzi po prostu nie może sobie pozwolić na ogrzanie mieszkania w czasie zimowych chłodów. Także kraje kontynentalne cierpią na tę przypadłość. Odpowiedzią z ich strony jest wprowadzenie certyfikacji, która pozwala ocenić stopień zużycia energii potrzebnej do ogrzania nieruchomości. W Polsce dokumenty tego rodzaju znane są jako świadectwa energetyczne.
Koncepcja jest prosta: mieszkanie czy dom, które zużywają więcej energii, muszą być tańsze. Jak jednak wiadomo, informacja w gospodarce rynkowej nie jest dostępna w równym stopniu. Ktoś, kto sprzedaje wie więcej na temat kosztów ogrzewania lokalu niż ten, który kupuje. W związku z tym istnieje ryzyko nadużyć. Świadectwa energetyczne mają w założeniu dostarczyć narzędzia, dzięki któremu wiedza kupującego mieszkanie będzie taka sama, jak sprzedającego.
Przykład Niemiec pokazuje, że pomysł działa. W tych domach, których właściciele przeprowadzili remonty i termomodernizacje, mieszkania kosztują więcej. Ale za to ich przyszli właściciele mogą liczyć na oszczędności wynikające z mniejszego zużycia energii. Różnica w cenie sięga nawet 30 proc. Co najważniejsze, jest widoczna nawet wśród domów leżących przy tej samej ulicy.
Co sprawia, że rozwiązanie, które przyjęło się w Niemczech w Polsce uważane jest za niepotrzebną biurokrację? Dlaczego to, co w zamierzeniach ma przynosić korzyści staje się obiektem drwin? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.
Przede wszystkim ustawodawca polski zapomniał o nałożeniu kar na tych, którzy od obowiązku posiadania świadectw się uchylają. Zrobił to dopiero w 2010 roku. Ponadto w Polsce świadomość kosztów, jakie ponosimy z tytułu zużycia energii wciąż jest niska. Tak naprawdę niewiele osób się tym przejmuje, przyjmując za pewnik, że trzeba płacić tyle, ile się płaci.
Brak jest edukacji, informacji o tym, jaki jest związek pomiędzy dociepleniem domu, a kosztami eksploatacji. O tym, że w wielu spółdzielniach i wspólnotach wciąż jeszcze płaci się za energię cieplną ryczałt „od metra”, a nie za realne zużycie nie warto nawet wspominać. W takiej sytuacji świadectwa energetyczne nie cieszą się popularnością i traktowane są jako zło konieczne. Szkoda, bo pomysł jest naprawdę dobry.