Z dziennika pokładowego pilota Xripa: wylądowałem na planecie Y w samo południe czasu lokalnego. Po opuszczeniu statku zorientowałem się, że moja maszyna jest otoczona przez oddział żołnierzy, ubranych w dziwne, buraczkowe kombinezony i wyposażonych w jednoznacznie skierowane w moją stronę karabiny. Zatrzymałem się na schodkach, a dowódca oddziału zbliżył się do mnie, zakładając po drodze duże, ciemne okulary.
Zakaz lądowania na naszej planecie jest ogólnie znany w kosmosie, powiedział do mnie. Będziesz rozstrzelany, chyba że jesteś mistrzem P. Nie miałem nic do stracenia. Jestem mistrzem P, powiedziałem. Proszę więc z nami, nasz pan czeka. Eskorta żołnierzy towarzyszyła mi aż pod sam tron króla Gdula I.
Mistrzu P, powiedział monarcha zimnym tonem, jesteś gotowy wykonać to, co obiecałeś? Jasne, najwyższa władzo, odpowiedziałem. Możesz jeszcze raz wyłożyć całą sprawę? Nie chciałbym cię źle zrozumieć. Co tu rozumieć, warknął Gdul I, obiecałeś wziąć w karby moich niesfornych poddanych. Obiecałeś, że będą porządni, cisi i bezproblemowi, a przy tym użyteczni. Jeśli nie spełnisz obietnicy w ciągu tygodnia, stracisz głowę.
Powiedziałem królowi, że dla mnie to pestka. Potrzebuję tylko kilku narzędzi i trochę stalowej blachy. Po dwóch dniach zgłosiłem się do monarchy i poprosiłem o wydanie rozkazu, żeby każdy poddany zgłosił się do mojego warsztatu w wyznaczonym przeze mnie terminie. Wszystko toczyło się, jak zaplanowałem. Przed wejściem do warsztatu, w którym skonstruowałem moją maszynę, ustawiła się długa kolejka.
Poddani pojedynczo lub całymi rodzinami wchodzili do środka. Tam moi pomocnicy umieszczali ich w maszynie, która przerabiała buntowniczych indywidualistów na poczciwe, spokojne, stalowe szafki ubraniowe. Takie, jakich pełno jest w szkołach i na wyższych uczelniach. Z dzieci powstawały szafki ubraniowe dla maluchów, z dorosłych – szafki ubraniowe dla uczniów gimnazjów, liceów i dla studentów. Z drugiej strony maszyny inni pomocnicy odbierali gotowe szafki szkolne i ustawiali je na dużym, wybetonowanym placu z tyłu warsztatu.
Praca zbliżała się do końca, gdy król Gdul I zaszczycił mnie swoją wizytą. Z zadowoleniem spojrzał na długą, rozgadaną kolejkę przed drzwiami. Powitałem monarchę na progu i zaprosiłem do środka. Przyglądał się moim działaniom przez chwilę, po czym zapytał, dlaczego jego poddani tylko wchodzą do maszyny, lecz żaden z niej nie wychodzi. Zaprowadziłem wtedy króla na plac z tyłu warsztatu.
Co to jest, zapytał mnie zaskoczony, wskazując palcem na stojące w karnym szeregu szafki szkolne. To są, panie, twoi poddani, odpowiedziałem. Jacy poddani, zdenerwował się Gdul I, to tylko szafki szkolne. Może i tak, krzyknąłem, biegnąc ile sił w nogach w stroną mojego, lecz są takie, jakie królu chciałeś, ciche, bezproblemowe, a przy tym użyteczne. Na dalszy ciąg już nie czekałem. Włączyłem silniki i w pośpiechu opuściłem planetę Y.
Autor: Marcin Piotrowski
