Już wkrótce świat może stanąć przed problemem, którego nie będzie się dało rozwiązać prostymi metodami. Coraz więcej krajów musi bowiem radzić sobie z deficytami wody i żywności.
Rosnąca populacja, coraz wyższe zużycie wody na głowę, a jednocześnie wysychające studnie i malejące rezerwy sprawiają, że woda może wkrótce stać się niebieskim złotem. Kolejnym surowcem pożądanym przez miliony, na którym można zbić fortunę. W porównaniu jednak z surowcami energetycznymi niemożliwym do zastąpienia.
Rekordowa Arabia Saudyjska
Na początek garść danych statystycznych – jak wszystkie tego rodzaju dane zimnych i dystansujących się od tragedii jednostek, a jednocześnie gorących, bo odzwierciedlających tragiczną rzeczywistość. Dziennik The Guardian przywołuje w ostatnim wydaniu informacje pochodzące z firmy Maplecroft zajmującej się oceną ryzyka oraz agendy ONZ – Organizacji Żywności i Rolnictwa. Co z nich wynika?
Przypadkami ekstremalnymi, jeśli chodzi o wodę, studnie i całą resztę są kraje Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. W rankingu Maplecroft najwyższe zużycie wody notowane jest w przypadku Arabii Saudyjskiej, która konsumuje niemal dziesięć razy tyle wody ile produkuje. Czy studnie nie są potrzebne w kraju, który ma szyby naftowe? Odpowiedź negatywną daje Kuwejt, gdzie zużycie wody to jedynie 2,5 proc. posiadanych zasobów. Przykładem typowego dla regionu kraju może być Bahrain, w którym zużycie wody jest większe dwukrotnie od jej produkcji.
1,7 tys. litrów na osobę za dużo
Nie tylko Bliski Wschód ma problemy z wystarczającym wydobyciem wody, a nadmiarem jej zużycia. Australia, Południowa Afryka, Indie, Kuba, Hongkong, a nawet Hiszpania także znajdują się na liście. Maplecroft określa je jako silnie zagrożone brakiem wody, co oznacza, że popyt na nią przekracza o 40 proc. ilość, jaką natura jest w stanie dostarczyć i ponownie przetworzyć. W przeliczeniu to 1,7 tys. metrów sześciennych na osobę. To tak, jakby studnie miały zasoby mniejsze o taką właśnie ilość wody.
W porewolucyjnym Egipcie zużycie wody sięga prawie 120 proc. dostępnych i odnawialnych zasobów, a w ogarniętej wojną Libii aż 718 proc.
Największa susza od 60 lat
Statystyki pokazują problemy, przed którymi stają kraje arabskie. Jednak nie tylko one świadczą o tym, że ta część świata ma problem z woda. W ostatnim czasie media obiegły doniesienia o katastrofalnej suszy w Somalii i Kenii. Według ONZ dotkniętych zostało nią ponad 10 milionów osób. Dwa kolejne lata o niskich poziomach opadów przyniosły najsuchszy rok od ponad sześciu dekad. Nie pomaga także somalijski chaos. Trwająca od dwudziestu lat wojna niszczy studnie i utrudnia wykorzystanie tych zasobów wody, które jeszcze są. Z tego względu w ciągu dwóch ostatnich tygodni do Kenii uciekło około 20 tys. Somalijczyków.
Brak wody to nie tylko problem humanitarny, ale także ekonomiczny i polityczny. Jak pisze komentator Guardiana Lester Brown, dla nowych rządów w krajach arabskich szczególnym problemem może być właśnie brak dostępu do wody, a co za tym idzie, także głód.
Skąd Arabowie biorą zboże?
Brown podaje przykład bogatej Arabii Saudyjskiej, która wykorzystała w przeszłości napływające szerokim strumieniem petrodolary i rozbudowała swój sektor rolniczy uniezależniając się od zewnętrznych dostaw zbóż. W 2008 roku jednak kraj ten ogłosił, że ze względu na brak wody i suche studnie, zacznie ograniczać produkcję roślinną. W ciągu trzech lat produkcja spadła o dwie trzecie. W 2012 roku planowane są ostatnie zbiory i od tego czasu Saudyjczycy będą polegali jedynie na imporcie.
Kraje zasobne w ropę mogą pozwolić sobie na taką ekstrawagancję, jednak w przypadku tych biedniejszych może być znacznie gorzej. Jemen, którego dochody z ropy gwałtownie spadają już teraz importuje 80 proc. wykorzystywanych zbóż. Ponieważ możliwości finansowe spadają, pogarsza się jakość życia ludzi. Sześć na dziesięć jemeńskich dzieci cierpi na niedożywienie, a przyszłość może być jeszcze gorsza.
Jedni korzystają, inni głodują
Także w tych krajach, które wodę i studnie mają. Wspomniana wcześniej Arabia Saudyjska zamierza bowiem importować żywność z własnych plantacji. W tym celu kupuje ogromne połacie pól w krajach afrykańskich. Także w tych biednych i z problemami hydrologicznymi, jak Etiopia czy Sudan. Efekt? Zamiast wykorzystywać skromne zapasy na własne potrzeby, biedne kraje oddają je bogatym Saudyjczykom ryzykując klęskę głodu, której w innej sytuacji mogłyby uniknąć.
Rosnąca liczba ludności i coraz większe zapotrzebowanie na żywność i wodę sprawiają, że kolejne kraje stają przed wyzwaniami, którym mogą nie podołać. To kwestia do rozwiązania także dla bogatych państw północy. Nie tylko ze względu na zasoby ropy naftowej ale też z powodu groźby zalewu przez nielegalną imigrację z Bliskiego Wschodu i ogólny krach światowej gospodarki. Dopuszczenie do sytuacji, w której za małe zasoby przyczynią się do klęski głodu w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie nikomu się nie opłaca. Oprócz tych, którzy na tym zarabiają.