Autor:

Z pamiętnika kury domowej…

To był zwyczajny dzień, budzik jak zwykle zadzwonił o szóstej. Klepnęłam go, pośpię jeszcze pięć minut. Za oknem szaro i ponuro, leje deszcz, w głowie kołaczą się słowa piosenki „ (…) jeszcze noc się wokół tli, a już wiem, że dzień jest zły (…)”. Zaraz, a może dzisiaj jest weekend. Niestety, nawet mój na wpół śpiący mózg podpowiada mi, że wtorek, nie ma żadnej nadziei, czas wstawać.

Zaczynam szybkim prysznicem, potem ubieram się w tempie ekspresowym. Biegnę do kuchni, po drodze budząc dzieci. Jedną ręką robię im kakao, drugą sobie kawę, trzecią…No tak, przydałaby się i trzecia, w takich momentach jestem zdecydowaną zwolenniczką klonowania. Po dziesięciu minutach wracam do pokoju dzieci, które pomimo moich nawoływań, ciągle są w łóżkach. Wyciągam z pod kołdry starszą i zaczynam ubierać jej rajstopy. Po głowie przebiegają mi wszystkie teksty z poradników dotyczących wychowania dzieci, od kiedy to one powinny się same ubierać?

Robiąc pospiesznie makijaż i jednocześnie myjąc zęby, w tak zwanym międzyczasie przeglądam kalendarz. Za chwilę odwiozę starszaka do przedszkola, a potem o 9.30 mamy jeszcze z maluchem wizytę u ortopedy. Od razu z przychodni pójdziemy na plac zabaw, a wracając wstąpimy na zakupy, bo przecież z czegoś trzeba ugotować obiad. Pospiesznie wrzucam do torebki ręcznik do przedszkola, nową szczoteczkę do zębów (też do przedszkola), książeczkę zdrowia malucha, coś dla niego do picia, coś do jedzenia, pieluchy, chusteczki, krem. Żebym tylko o niczym nie zapomniała.

Koncentracja w tym momencie jest nie lada wysiłkiem, zwłaszcza, że przez cały czas odpowiadam na miliony pytań zadawanych przez mojego przedszkolaka: dlaczego niebo jest niebieskie?, ile będę miała lat za sto lat?, kiedy będzie koniec świata?, czy jak żyły dinozaury, to nawet taty jeszcze nie było?… Zabrałam chyba wszystko, nie mogę uwierzyć, że zwykłe torebki damskie mogą być aż tak pojemne. W pół do ósmej udaje się nam w końcu wyjść z domu, chociaż każdego dnia wieczorem postanawiam, że będzie to przynajmniej piętnaście minut wcześniej.

Po drodze jak zwykle straszne korki. W jakim świecie przyszło nam żyć, to przecież nie jest normalne, że na przebycie dziesięciu kilometrów potrzebujemy prawie godziny. Spoglądam ponuro na wszystkich wokół, dlaczego nie zdecydowali się na transport publiczny, tylko przy użyciu swoich samochodów generują tę kuriozalną sytuację na drodze. Co innego ja, ja wiozę dzieci… Po chwili myślę, że pewnie każdy z nich ma jakiś równie ważny powód. Pod koniec drogi, niedaleko naszego przedszkola czeka na nas niespodzianka, remont nawierzchni i zamknięta droga. I tak byliśmy już spóźnieni, a tu jeszcze ten objazd.

Przeklinając cicho pod nosem, tak żeby dzieci nie usłyszały i nie przypomniały sobie moich słów w najmniej odpowiednim momencie, skręcam w lewo tuż obok sklepu z szyldem torebki damskie. Jeszcze jedno skrzyżowanie i powinnam znaleźć się na parkingu z tyłu naszego przedszkola. Za dwadzieścia dziewiąta wpadamy zdyszani do szatni, dzieci siedzą już grzecznie przy stolikach i jedzą śniadanie. Nie wiem jak inni to robią, że zawsze są wszędzie na czas…

Dopiero ranek za nami, a już poziom adrenaliny w moim organizmie osiągnął górny pułap. A przecież ja nic nie robię, ja tylko, jak to się kolokwialnie mówi, „siedzę z dziećmi w domu”. Nie jestem prezesem wielkiej firmy, nie przeprowadzam operacji na otwartym sercu, zatem spokój powinien towarzyszyć mi przez cały dzień…No cóż, najlepszą puentą dzisiejszego poranka wydają mi się słowa syna mojej przyjaciółki, który zasypiając spytał swojego tatę, czy jak jeszcze nie było go na świecie, to rodzice bardzo się nudzili. Łączę serdeczne pozdrowienia dla wszystkich mam.

Zostaw komentarz